O chłopaku co dał radę – Perły Małopolski według Marka

Pogoda ładna, gorąco jak fiks. Stoję na starcie, a tu zegarek mi 120 HR pokazuje. Kurcze czy ja już biegnę? Nie. Jeszcze czekamy … 5 min w słońcu. Pierwsze km przebiegają spokojnie 170-175. Razem z Jarkiem biegliśmy równym tempem od drugiego km. Pierwsza górka – tętno skoczyło – idziemy -> łąka, zero cienia, milion stopni ciepła – jakoś poszło. Jedzonko i piciu.
Lekki podbieg w lasku (dużo gałęzi i korzeni) nawrotka i z górki. Lecimy, znaczy chwileczkę, gdzie Jarek. Oglądam się przez prawe ramię – kamyk- potkniecie – uff nie upadłem. Dobra, poczekam. Jest, lecim. Droga szeroka, kamienista, w dół. Lekki podbieg i znowu z górki. Wodopój 🙂 na 6 km i zaczyna się najcięższa górka (tak wtedy myślałem, ale jakże się myliłem). Jarek popędził pod górkę jak sarenka.
Ja zostałem, jakoś te nogi mi się nie chciały poderwać, ociężałe, tętno szaleje. Idę, nie, człapie pod ta górę, górzysko, jakiś masyw alpejski? Trochę cienia jest. Po drodze jedzonko i piciu.
Podczas tej wspinaczki całe tabuny biegaczy mnie minęło. OK oni też szli ale jakoś szybciej 🙂 WHY?
Jakoś dowlekłem się od szczytu no i w dół, biegnę, nie za szybko bo jeszcze odczuwam wspinaczkę. Próba picia podczas zbiegu może zakończyć się …hmm… nieciekawie – nie polecam) lasek, łąka, strumyk (idealne chłodzenie dla stóp) i płasko po asfalcie. Jest i Jarek, sam nie wiem jak go dogoniłem. Dyszka pękła.
Druga pętelka zaczynała się podbiegiem jakoś 3-4 km pod górę przewyższenie wyszło poza skalę.
Bananik, kubek wody i ….. no własnie i zaczął się spacerek pod górę. Spacerek? Ba spacerzysko, sapanie i wleczenie kończyn po kamieniach pod górę. Idem, idem idem (GPS mi pokazał ze 1 km szedłem ponad 20 min !!!)
Podczas tego wejścia skończyło mi się jedzonko. No dobra – szczyt- w dół – korzenie, kamyki, znikające ścieżki, strumyki. Zbiegałem lekko spokojnie, nogi już łapały kurcze. Wyprzedziłem kilka osób w niskiej formacji roślinnej sięgającej do pasa.
Około 15 km wypadam z lasku na polanę i… patrzę samochody i niebieski namiot z wodą oraz kilka osób stojących i niespiesznie popijających wodę.
Wypiłem jeden kubek, drugi, trzeci na głowę, czwarty do ręki i w dół po kamienistej drodze.
Mięśnie już paliły więc szybko zbiegać się nie dało – lekki trucht przeplatany z marszem.
Strumyczek, chwilowa ochłoda dla stóp i znowu podejście – ostatni pik – nie tak stromy, ale biec nie mogłem.
Na zbiegu minąłem znowu kilka osób (pewnie tych co na podejściu obok mnie śmignęli).
14064082_686003794889222_4519818950951946416_n
Pisałem już że próba picia z bukłaka na zbiegach jest…. niekomfortowa… dobrze ze drzewo stało bo bym leżał. Kilka razy noga mi się wykręciła w bok, ale na szczęście nic się nie stało. w końcu asfalt, chwila postoju w kurtynie wodnej zrobionej przez strażaków i meta.
Woda, kawałek perły, arbuz i odpoczynek.
Bieg górski oprócz przygotowania fizycznego wymaga również przygotowania mentalnego. Większość trasy przebiegało się ze wzrokiem wpatrzonym w podłoże i szukało się jak najodpowiedniejszego miejsca na postawienie stopy. Krok jest zmienny, bez rytmu, długi, krótki, skoki, przeskoki, nawet te systemy odprowadzenia wody trzeba było jakoś omijać.
Bieg w pełnym gorącu, czasem jak w cieniu powiało to aż miałem dreszcze. Postawiony przez strażaków prysznic tuz przed metą był SUPER, szkoda ze tak późno.
Podziękowanie dla Wojtka M. trenera Triatlonu, bez którego nie udałoby mi się pokonać tych górek:)
Następne zawody – Kościelisko 18.09 – bedzie czaaaad…
Autor: Marek Sęk

Komentarze