Perły, perełki… Katar, kaszelki

unnamed
Na Facebook’u rzuca tekstem Marek: „a tutaj 
Ci co mogą niech trzymają kciuki:) Będzie walka. Nie damy się”. Miłe z jego strony, widać motywację. Przeziębiony, a na dodatek zmiotła mnie klima w pracy. Myślę do niedzieli trochę czasu, rzuciłem mu hasło: „nogi Cię już swędzą?”

unnamed-1

Plan na szybkie zdrowienie: setka wódki, herbata gorąca z cała cytryną plus polopiryna. Ubrać się bardzo ciepło i do łóżka. po jakimś czasie wstać przebrać się w suche ciuchy i znowu do spania. Rano wstaniesz jak nowy. Piątek – ledwo wracam z pracy, zaczyna brać mnie, zimno i nieswojo, a se posłucham Mareczka. Idę jego medytacją:)

Sobota – katar, kaszel czy stan gorączkowy to jeszcze nie powody, żeby od razu biec do konowała, można po swojemu wyleczyć. Do naszej służby zdrowia trzeba mieć końskie zdrowie i stalowe nerwy. Zaparzam rumianek i biorę ręcznik i zanurzam w parze. Gdy przed chwilą wykaszlałem prawie płuca, a kumpel pisze czy wszystko w porządku?! Padam do łóżka i przesypiam cały dzień. Wieczorem, patrzę na stojak z dyskami Perły Małopolskie. Piszę sms-a do Marka, odnośnie podjęcia decyzji czy pojadę czy nie..,

Niedziela – wstaję lewą nogą i próbuje złapać oddech, czuje niewielką poprawę. Nadal siedzi we mnie paskudztwo. Postanowiłem jechać, jadąc z Markiem, Pawłem i Grzesiem w drodze dokuczliwy pieron, tak jakby kulturalnie i cicho staram prze-kaszleć. Słyszę gadkę lepiej se daruj wybieganie, mówią mi panowie. Nie mogę słuchać, w myślach pewnie jakiś uparty jak muł, czy co?!? Dojechaliśmy do biura zawodów, ogarniamy się, odbieramy pakiety. Siadamy pod parasolem, zaczynamy gaworzyć o Perłach tego roku, Skała, Szczawnica, Zawoja to była patelnia! W Kościelisku, panowała duża wilgotność, mgła – ci co wieszczyli zimno i deszcz trochę się pomylili. Pogoda wytrzymała i była idealna na bieganie. Widać nam humory nie odpuszczają. Swoją drogą do plecaka wsadzam pelerynę na czarną godzinę i bluzkę termoaktywną oraz czapkę z sylwestrowego biegu. Banan i baton energetyczny, oraz 0,7 izotoniku w bukłaku. Odliczamy czas do startu, nastawienie bojowe, stoimy przy starcie, odkąd padł gwizd, rozpędza stado biegaczy. 

unnamed-2

Biegnąc, przed moimi oczami zaczyna znikać Marek z pozostałymi, trudno noga im zapodawała. Muszę złapać swoje tempo, coś mi nie gra, o dziwo nie kaszlę!Biegnąc, patrze przełamany czwarty kilometr, rozkręcam swoje a tutaj mi wyskoczyła zielona kulka czy kula a pieron wie. W końcu odrzuciło! Biegnę coraz mocniej próbując dogonić resztę, wcinając połówkę banana. Lecę jakoś łatwo mi dziesiątka poszła, poczułem wigor, wylatuje z lasu patrzę a tu polana i zawalony konar drzewa, a se myślę a przeskoczę przeszkodę… nie doceniłem wielkiej kałuży w błocie, lądując nie wyrobiłem się zaliczając matoła koziołka. Oo pierwszy upadek na Perłach, wstaje obłocony, adrenalina zaczyna mnie brać, ale fajnie… lecę dalej. Spodobało mi się to gonię, gonię resztę mijam jakoś z łatwością. Przychodzi mi czternastka w czasie, zaczyna mnie łapać kryzys. Czuję jakbym mocy nie było, nogi nie chcą mnie słuchać, kurka co się dzieje..? Sapanie i wleczenie stopami po błocie, w myślach bije co jest grane. Przepijam izotonik łykiem, próbuje złapać mocniejsze, organizm mówi NIE. Próbuję z górki nadrobić czas, nagle ze zmęczenia poleciałem znowu na pysk nurkując w błocie. Wstaję i patrzę po przeanalizowaniu pierwszej pętli, już niedaleko na oko mi pozostało jakieś siedem kilometrów.

unnamed-3

Spadła mi kropla wody z nieba, odczuwam że wkrótce może być już nieciekawie. Odczuwam większą mobilizację żeby zdążyć jeszcze do mety przed deszczem. Chłopaki spisali się świetnie. Kreskę minął z naszego towarzystwa w kolejności Paweł potem Marek, a później Grzesio, a ja musiałem mieć dysk „Tatry”. Wniosek taki, co się nie osłabi to się wzmocni. Bieg był najlepszym lekarstwem na przeziębienie i słabość.., A dziś zdrowy jak ryba !

 Jarosław Biedroń

Komentarze