ZDEMOTYWUJ SIĘ… i zacznij działać

 

Tym razem nie będzie o kolejnym starcie czy niedawnym treningu. Będzie o refleksji nad tym, co to właściwie znaczy – być zawodnikiem, myśleć tak o sobie, próbować sobie ułożyć z tym życie, nie spaprać czegoś po drodze i… cieszyć się z tego

Tak się składa, że dookoła mnie mogę obserwować całą skalę stosunku do sportu – znam i takie środowiska, które nie trenują (nie mylić z brakiem aktywności fizycznej ) i takie, które jak na amatorów trenują mocno, jak i te pośrodku. Staram się słuchać, patrzeć, i wyciągać wnioski tak, żeby znaleźć najlepszy dla siebie kierunek. Jak wiadomo, nie ma żadnych uniwersalnych przepisów na życie. Tym bardziej – na jego sportowy aspekt. Ostatecznie i tak każdy musi wymyślić sam, jak dużo chce i może tego życia przeznaczyć na sport. Nie „poświęcić”, a właśnie przeznaczyć. Myślenie w kategoriach „poświęcenia” zawsze kojarzy mi się z cierpiętnictwem, a nie o to przecież chyba w amatorskim sporcie chodzi.

images

Dla środowiska ambitnych sportowców–amatorów codzienny trening to rzecz oczywista. Pytanie tylko: czy jeden, czy więcej i jakie mocne będą, no i gdzie je wcisnąć. Dla środowiska nietrenującego sportowcy amatorzy to kosmici, którzy każdą wolną chwilę spędzają na treningu, czasem zaniedbując przy tym rodzinę i pracę. I tak z jednej strony trzeba się tłumaczyć ze wstawania o 5 na basen, a z drugiej – z tego, że już wieczornego biegania nie dało się zrobić, bo w robocie trzeba było zostać dłużej, albo w końcu pojechać z dzieckiem po jakieś nowe rzeczy, bo ze starych jakoś wyrosło…

Niedawno pewien bardzo mądry człowiek powiedział coś, co mi utkwiło mocno w głowie – ludziom to teraz nie motywacji trzeba, tylko bardziej demotywacji No i fakt. Motywacji mamy dookoła pełno. W każdym magazynie co najmniej kilka stron jest zawsze o tym, jak się zmotywować do treningu. Na stronach internetowych huczy od haseł, wykrzykników, jak to nie można odpuszczać, że musi boleć itd. W tych samych magazynach kilka stron dalej zawsze jest też coś o kontuzjach i przetrenowaniu albo wypaleniu. I że trzeba słuchać własnego organizmu i nie robić nic na siłę. Hm.

a50c94ec0cddaeac0fa099b0f297f904

Oczywiście nie chodzi o to, żeby się demotywować, tylko żeby przestać się tak bardzo nakręcać, jeśli to nakręcanie prowadzi w złym kierunku. Cały problem w tym, żeby poznać, kiedy prowadzi w złym Sama mam taki charakter, że jak coś robię, to na 100%. Czy to źle? Trudno powiedzieć, ale i tak nie wiem, jak można inaczej. Ostatecznie chyba można przyjąć, że zły kierunek to ten, który oddala od celu. A od celu czasem oddala właśnie usilne dążenie do niego za wszelką cenę. Rozpisane plany treningowe nie zwalniają z myślenia. Niestety trzeba się nauczyć samemu, czy to jest ten ból, który przejdzie sam, czy trzeba już odpuścić. I czy jeśli dziś zrobimy na siłę trening, to jutro będziemy w stanie zrobić efektywnie kolejny. I czy jeśli cały tydzień nie znajdziemy czasu na wspólne posiedzenie wieczorem, to będzie do kogo wracać po treningu.

Przeczytałam ostatnio wypowiedź zawodnika-amatora – twierdził, że nie da się pogodzić bez szkody – życia zawodowego i rodzinnego z amatorskim uprawianiem sportu, że i tak zawsze coś ucierpi. Zezłościłam się na tę wypowiedź. Z jednej strony wiem, że czasem próba połączenia ze sobą wszystkich życiowo-sportowych wątków to stąpanie po cienkiej linie. Z drugiej strony to niepotrzebne zrzucanie winy na sport, podczas gdy problem tkwi w naszym stosunku do życia. Nie do sportu, tylko do życia właśnie. Jak ktoś ma tendencję do przesady, to jest ryzyko, że zaniedba rodzinę, rzucając się w wir pracoholizmu. Nie potrzeba sportu, żeby coś zawalić. I wystarczy odrobina dystansu do siebie, żeby złapać choć trochę równowagi i cieszyć nie tylko z wyników, ale też ze wschodu słońca po drodze na basen, żółwi na Zakrzówku, wiatru w kasku i uśmiechu ludzi, z którymi to wszystko robimy

Bogusia

fot. Yes U can – http://psychologiasprzedazy.biz/motywacja/

fot. 2 – www.sarkastyczna.pl

Komentarze