Pigułka na zniechęcenie

Ostatnimi czasy, oprócz tekstów opisujących sukcesy w danych zawodach, modne są artykuły pokazujące jak to autor dzielnie walczy z niepowodzeniami. Co jednak zrobić, gdy przegrywasz z samym sobą i w końcu dopada Cię zniechęcenie? Trzeba szybko znaleźć odpowiednie lekarstwo i rozpocząć kurację. Niestety, bywa to trudne, czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy z potrzeby leczenia albo brakuje nam motywacji do wytrwania w przepisanej kuracji lub wybieramy niewłaściwe lekarstwo.

Zarażenie i rozwój choroby

W ostatniej sytuacji, znalazłem się ja sam. Po nieudanym i bardzo frustrującym starcie w Niedzicy (do tej pory nie jestem pewien, co było przyczyną), uznałem, że trzeba jak najszybciej znowu wskoczyć na konia. Czyli mocno dotrenować i wystartować w kolejnych zawodach, tak, aby ponownie osiągnąć ten treningowy flow, kiedy chcesz robić jeden trening za drugim, a jedynym ograniczeniem jest to, że przecież kiedyś trzeba też jeść i spać (i niestety też pracować). I to był chyba największy błąd. Zmęczony próbą wyjścia z dołka, niedostatecznie zmotywowany stanąłem na starcie i znowu przegrałem ze samym sobą. Lekarstwo zadziałało odwrotnie do oczekiwań. Beznadzieja, stan terminalny, bez pozytywnych rokowań. Już powoli zaczynałem zastanawiać się, czy w tym sezonie nie zrezygnować z dalszych startów. Na szczęście sport to także choroba, która tak łatwo się nie poddaje i w właściwym czasie pojawił się kolega, który przez przypadek sprzedał mi właściwą pigułkę.

Przebieg leczenia

Tą tytularną pigułką, trochę przewrotnie, okazał się kolejny start. Tym razem jednak nie w triathlonie, a na maratonie MTB w Wiśle. Nie jestem pewien, który z składników tej pigułki był najważniejszy, dlatego wymienię wszystkie:

  • Cośnowego. Co prawda z maratonami MTB miałem styczność w erze pretriathlonowej, jednak trzy lata przerwy wydaje się całą wiecznością. A na pewno było to coś odświeżającego, zerwanie z rutyną i kolejne wyzwanie, które można sobie postawić. A jak wiadomo, wyzwania motywują równie silnie jak sukcesy.
  • Coś przyjemnego. Nie będę was okłamywać –  jestem umiarkowanym gadżeciarzem i technomantą i nie cierpię jak w rowerze coś nie gra. I chociaż z nowym rowerem od Bikershop jeszcze się docieramy i uzgadniamy niektóre szalenie ważne kwestie, to uważam, że spisał się wyśmienicie. Pomimo tego, że przecierpieliśmy kilka zjazdów i nawet najlepszy rower nic nie poradzi na panujący upał, to pokonywanie podjazdów i sekcji leśnych było czystą przyjemnością (sic!) naprawdę, kilka razy z niecierpliwością wyczekiwałem na podjazd, na szczęście trasa w Wiśle miała ich pod dostatkiem, a każdy minimum 10% średniego nachylenia i 2-3 km długości. 🙂
  • Bez presji i nerwów. Tu także pomogła zmiana dyscypliny. W czymś nowym nikt od Ciebie nic nie wymaga, nie musisz o nic walczyć. Ponadto wystartowałem dosłownie z ostatniej linii, jakieś 7 minut za czołówką, dzięki czemu pierwsze 5 km podjazdu mogłem zrobić w grupie osób, którzy przyjechali tu po to, aby zmierzyć się z trasą. Dodatkowo praktycznie nikt mnie nie wyprzedzał 🙂 taka drobnostka, a z jednej strony pozwala odzyskać wiarę we własne siły, z drugiej, w żadnym momencie wyścigu nie pojawiła się presja, że muszę gonić jakąś uciekającą osobę.

Podsumowując: Było to jedne z najprzyjemniejszych trzech godzin męczenia się w tym roku, a wynik daleki od czołówki jednym z najbardziej satysfakcjonujących.

60053-RBWS15-3045-MEGA-000101-rbws15_01_mta_20150613_140539.jpg

Skutki uboczne

Jak każda terapia, ta też ma swoje skutki uboczne: Po raz drugi tego roku zakochałem się w kolarstwie, tym razem MTB i najchętniej teraz jeździłbym ciągle i tylko na góralu. Niestety, w życiu nie ma tak łatwo i muszę pamiętać o pozostałych dyscyplinach, jednak gdy radość wraca do treningów wszystko staje się dużo łatwiejsze. 🙂

Marek Zajusz

Komentarze