Zimowy Maraton Bieszczadzki 2016

Ależ nie mogłam się doczekać na ten bieg. Dawno już się tak nie cieszyłam na zawody. Zmiana otoczenia i rutyny treningowej zadziałały doskonale na moje samopoczucie.
W zeszłym roku na Zimowym Maratonie Bieszczadzkim pobiegłam Dychę i bardzo zazdrościłam wszystkim maratończykom. W tym roku udało się pokonać pełen dystans 🙂

Do Cisnej dojechaliśmy w sobotę i od razu zabraliśmy się do Biura Zawodów po pakiety. Start w niedzielę o 7:20 nie pozostawiał zbyt wielkiego pola manewru, a z Krakowa mieliśmy spory kawałek drogi.

Pakiety odebraliśmy bez problemu i w podgrupach stawiliśmy się na odprawie. Trzeba przyznać, że poszło sprawnie. Byliśmy nieźle przygotowani z regulaminu i informacji dodatkowych więc jedyną nową informacją był skrót trasy maratonu gdyby ktoś uznał, że nie podoła. Nie było tego w naszym planie więc przyznam, że niespecjalnie uważałam gdzie ten punkt 😛

Lodowisko na medal

Na małym expo jeszcze przy okazji wymieniłam buty na stoisku IceBuga. Przyznam, że po zeszłorocznym doświadczeniu i informacjach z trasy w tym roku przed imprezą zamówiłam buty z kolcami. Niestety musiałam je wymienić bo okazało się, że były za małe. Tak, oficjalnie przyznałam się do tego, że pobiegłam maraton w butach, których nigdy nie przebiegłam nawet kilometra. Biję się w piersi, ale uznałam, że nie ma innej opcji bo warunki zapowiadały sie upiorne. Nie zawiodłam się – lodowisko było na medal.

12654257_585476521608617_4147321102863809242_n.jpg

Prognoza pogody mówiła jedno – lód. Pytanie tylko ile tego lodu będzie. O 7 rano w niedzielę temperatura wynosiła kilka stopni na plusie. W Bieszczadach przed maratonem napadało sporo śniegu, a tuż przed naszym przyjazdem wszystko zaczęło topnieć. Do tego wszystkiego Pogodynka przewidywała, że cały dzień będzie padał deszcz. No nie specjalnie zachęcająca pogoda więc miło było zobaczyć, że przed startem nic z nieba nie spadało nam na głowy.

Start o 7:20 i żadnego deszczu – dobra nasza! Na start wystrzał z jakiejś broni i ruszyliśmy. Nawet nie przebiegliśmy kilometra jak zaczął padać deszcz. No to się nazywa fart – przypuszczam, że gdyby mi wlało przed startem to bym się porządnie zastanowiła czy mam zamiar kontynuować. No ale nie było odwrotu. Po drodze takich atrakcji z nieba mieliśmy jeszcze kilka – deszcz, deszcz ze śniegiem, śnieżna zadymka – ale nie z mięciutkich płatków śniegu tylko takich grado-podobnych kuleczek – cięły po twarzy aż bolało.

Przez pierwszych kilka kilometrów biegliśmy asfaltem, zero śniegu, zero kłopotu. Z jednej strony pomyślałam, że mogłam zabrać zwykłe buty do biegania. Z drugiej moje nowiutkie buty z kolcami właśnie dostawały mocno w kość. W brodę sobie plułam – „no żesz na co mi te cholerne buty skoro śniegu nie ma!”. Tak biegłam czując na stopach każdy punkt, w którym w podeszwie wstawiony był kolec, aż do momentu gdzie zboczyliśmy na drogi leśne. Oł jeeeee! Teraz zabawa się zaczęła. Lodowisko i woda pierwsza klasa. Radośnie przebiegałam obok nieszczęśników, którzy na gwałt na poboczu zakładali kolce. Przyznam, że w tych warunkach buty sprawdziły się naprawdę świetnie. Cięłam środkiem drogi i przyznam, że wybierałam takie odcinki z twardym lodem bo było to bardzo wygodne w tych butach. Ok, wystarczy o tym cudzie techniki – spisały się na medal 🙂

W ogóle ze startem w Zimowym Maratonie Bieszczadzkim było tak trochę… na opak. No nijak się nie wpisywał w plan treningowy do triathlonu, ale się uparłam. Pamiętałam atmosferę z zeszłego roku, wiedziałam, że pokonam dystans bez problemu i bardzo chciałam jechać. Nie po to żeby się ścigać, ale dla czystej radochy; po to żeby się bieganiem cieszyć i bawić, bo mogę, żeby spędzić czas z zajefajnymi ludźmi i odpocząć. Tak właśnie! „Odpocząć!”. Poza tym bardzo lubię długi dystans – uspokaja mnie. Tak mam w każdej dyscyplinie w triathlonie. Na rowerze, w pływaniu i w bieganiu. Na krótkim dystansie dostaję lanie, ale wystarczy, że dystans się wydłuży i wykańczam towarzystwo na wytrzymałość – 50 metrów sprintem kraulem – lanie, 800 metrów kraulem na czas i zaczyna się zabawa dla mnie. To samo w bieganiu.

Długi dystans? Spuszczę wam manto!

Na ten maraton trener wyznaczył mi zadanie. „Masz się nie zajechać i zatrzymać się na każdym bufecie – odpocząć, zjeść i wypić”. Zastosowałam się co do joty. Na pierwszym bufecie zatrzymałam się tylko krócej bo nie było za wiele tam – tylko woda. Zresztą pierwszy bufet był na 12tym kilometrze – wcześnie jeszcze na jedzenie. Za to kolejne były już ciekawsze. Na każdym piłam herbatę z sokiem i jadłam coś. Miałam ze sobą jedzenie, którego prawie nie tknęłam. Batoniki Squeezy i ciasto drożdżowe były o wiele milszą perspektywą niż przesłodkie żele i czekoladowy baton sportowy, które zachowały mi się z poprzedniego sezonu.

Dla chętnych na każdym punkcie była jeszcze wkładka z prądu 😉 do herbaty albo cola. Najciekawszy i przez wszystkich wyczekiwany punkt odżywczy to karczma. Istniała obawa, ze paru uczestników tam zostanie – pełnowymiarowa uczta. Makarony, zupy, ciasta, grzane wino, cytrynówka, i skromna cola albo herbata.

Karczma to 34ty kilometr więc jeszcze dycha do mety. Krótki zbieg do karczmy i potem podbieg na trasę to były jedyne miejsca, gdzie trasa poprowadzona była szlakiem pieszym. To właśnie na tym odcinku za karczmą doświadczyłam jedynego bardzo nieprzyjemnego incydentu. Przede mną poruszał się jakiś jegomość w zielonym ubranku. W pewnym momencie wyrzucił papierowy kubeczek, w którym serwowane były napoje i jeszcze go kopnął w trawę. Dosłownie szlag mnie trafił. Przyznam, że dość na tego zielonego trola nakrzyczałam. „Co ty robisz! (trol od razu skapnął co się dzieje i rzucił się do zbierania). Zabieraj ten kubeczek! [jeszcze kilka słów o śmieceniu, ale nie pamiętam dokładnie]. Jak jeszcze raz zobaczę, że wyrzucasz ten kubeczek to zobaczysz!” Trol się schował za mnie i już do mety mnie nie wyprzedził więc nie mogłam go skontrolować, ale zdenerwował mnie. A wiadomo biegacz z 30tką w nogach i jeszcze baba to drażliwy osobnik jest. Trochę mi głupio było przez chwilę, że za ostro  go potraktowałam, coś burczał pod nosem jak go mijałam, ale potem uznałam, że dobrze zrobiłam. Na rekord trasy i tak nie miał szans 😛

Bajka – po prostu

Oprócz tego jednego zielonego jegomościa atmosfera na całej trasie była wspaniała. Zostałam kupiona. Takiej ilości przeszczęśliwych ludzi na trasie biegowej nie widziałam. Maratony uliczne w pojedynku na atmosferę przegrywają z kretesem. Nikt się nie rozpycha łokciami, nie rzuca mięsem na bufetach bo trasa zablokowana. Można zamienić kilka słów z uczestnikami. Przez chwilę biegłam z kolegą i zauważyłam: „Ojej, Bartek! Pierwszy raz na biegu mam czas się rozejrzeć i podziwiać okolicę!”. Niesamowite. Do tego ten kompletny brak agresji, którą często doświadczam na biegach ulicznych albo triathlonie. Bajka po prostu. Wiem, że mogłam pobiec to szybciej i bardzo musiałam się pilnować, żeby nie gonić każdej dziewczyny w zasięgu mojego wzroku, ale i tak byłam bardzo zadowolona z siebie.

Do mety jeszcze tylko krótki odcinek torami kolejki i podbieg do mety. Było naprawdę pięknie – pojawili się kibice. Uwielbiam kibiców i nawet nie przeszkadzało mi, że chodzili tym chodnikiem którym biegłam czasem nawet go całego zajmowali. Nie miało to kompletnie znaczenia. banan na twarzy i do mety! Po drodze Kinga dopingowała nas jeszcze przed metą (pobiegła dychę) – piona z Kingą zaliczona 🙂 Najbardziej cieszył mnie taki dzieciaczek – szedł chodnikiem którym biegłam z tatą. Tata pchał wózek, a maluch szedł obok. Przebiegłam między nimi i małemu też sprzedałam piątkę. Usłyszałam tylko z tyłu potem jak maluch radośnie chwalił się tacie „Tato! Widziałeś?! Dostałem piątkę!”. Tacy kibice są najfajniejsi 🙂

Zemsta boga biegaczy

Na mecie też było grzane wino i piwo i przyznam, że jeszcze przed wyjazdem o nim myślałam. W czasie biegu nie brałam pod uwagę tego trunku, ale na mecie w nagrodę? Pycha. Oczywiście najpierw wciągnęłam boski napój biegaczy – colę i przyznam, że teraz rozumiem o co tu chodzi. Jeżeli chodzi o straty to jak się przebierałam dopiero zobaczyłam, że niestety stracę jeden paznokieć. To zemsta boga biegaczy za nietestowanie butów wcześniej 😛 Zemsta i tak niewielka 😀

Już zapisałam się na jesienny Ultramaraton Bieszczadzki – do Cisnej będę wracać częściej 🙂 i biegać będę też więcej 🙂

 Ala Gruszko

Komentarze