Maraton to nie dystans dla niecierpliwych

Do trzech razy sztuka podobno… no i udało się dopiero za trzecim razem przebiec maraton. Oczywiście nie obyło się bez kłopotów i cały start zawisł na włosku, ale ostatecznie przebiegłam całe 42 kilometry i 195 metrów w Poznaniu.

Nie mogę powiedzieć, że poszło gładko. O mały włos nie wystartowałabym wcale. Trzy tygodnie przed 11 października staw skokowy znowu odmówił posłuszeństwa. Musiałam się skupić na tym, żeby jednak odpocząć – nie było innego wyjścia. Wszystkie treningi prawie zostały odłożone na półkę. Znowu, znowuuuu…. Dlaczego to ja zawsze przed maratonem muszę sobie coś zrobić?

Przygotowania

Solidną bazę miałam już zrobioną po sezonie triathlonowym. Ostatni start triathlonowy na „połówce” (1/2 IronMan – 1,8 km pływanie, 90 km rower i na koniec 21 km biegu) w Gdyni, a potem już tylko i wyłącznie trening do maratonu. Tak naprawdę przed maratonem najdłuższe treningi wynosiły 18-22 kilometry. Raz tylko udało mi się pobiec 27 kilometrów i to w zasadzie tyle. Potem się popsułam. Kiedy słuchałam ile to 33 kilometrowych wybiegań niektórzy biegali przed maratonem to aż mnie skręcało. Myślałam sobie, że nie dam rady przebiec tego maratonu skoro żadnego tak długiego wybiegania nie zrobiłam.

Niestety trudno jest połączyć trening do triathlonu i do maratonu. Sześć dni w tygodniu treningu biegowego wyeliminowały wszystkie inne aktywności – rower i pływanie praktycznie poszły w kąt. Udawało mi się sporadycznie od czasu do czasu pójść na rower, a o basenie zapomniałam kompletnie.

42 kilometry i 195 metrów biegu

Trochę ominęło mnie takie przedstartowe napięcie. Przed ważnymi zawodami już kilka dni wcześniej zaczynam „przeżywać” start, a tym razem przez kontuzję jakoś mnie to ominęło. Dopiero kiedy przyjechałam do Poznania dzień wcześniej, poczułam atmosferę dużego wydarzenia i dopadły mnie emocje przedstartowe.

Jak na mnie to wyjątkowo późno stawiłam się na starcie i praktycznie wcale się nie rozgrzałam. No i do tego wszystkiego znalazłam się na końcu wszystkich sektorów startowych. Co prawda w planie było tempo nieco poniżej 6:00 min/km, ale i tak przez pierwsze 10 kilometrów sporo energii musiałam zużyć na przeciskanie się między wolniejszymi zawodnikami. Maraton to nie przelewki i za szybkie tempo na początku zemści się boleśnie prędzej albo później.

Na początku naprawdę można biec sporo powyżej swoich możliwości, emocje no i wypoczynek robią swoje. Ani się obejrzałam, a na zegarku 5:00 min/km – ciągle miałam w głowie „zwolnij, zwolnij – jeszcze ponad 30 kilometrów przed Tobą!”. Zresztą tempo startu było ustalone z trenerem i uznałam, że nie będę kombinować i to na pierwszym maratonie.
Pierwsza dycha była dla mnie zadziwiająco łatwa, ale też okropnie się stresowałam. Co spojrzałam na GPSa to za szybko biegłam, a w głowie ciągle myśl, że to dopiero początek. W dodatku już zaczynałam „czuć” nogi.” Skoro już mnie nogi bolą to co będzie na 30tym kilometrze?” – z taką myślą minęłam 11ty kilometr.

Do tego czasu ustabilizowałam tempo i trzeba było zacząć jeść i pić. Trzeba przyznać, że niejednemu maratończykowi naprawdę przydałby się od czasu do czasu długi trening do triathlonu – fantastycznie uczy jeść. Chyba nikt tak dobrze nie umie się odżywiać na trasie jak triathloniści. Mamy na tym punkcie fioła i potrafimy sobie policzyć dokładnie ile i czego mamy zjeść, wypić i kiedy ma to nastąpić.

Na maratonie w Poznaniu punkty z odżywianiem rozstawione były co 5 kilometrów i trzeba przyznać, że pierwszy ominęłam specjalnie, ale już na każdym kolejnym zjadałam kawałek banana i piłam izotonik. Za połową pojawiły się tabletki z glukozy i chociaż było to ryzykowne też je zjadłam, ale już zamiast bananów. Fajne takie tabletki – jest tylko jedna wada, żeby organizm z nich mógł skorzystać trzeba je dobrze popić wodą – większą ilością. Do tego miałam ze sobą 4 żele energetyczne w tym 2 z kofeiną na końcówkę.

W połowie dystansu powoli zaczęło do mnie dochodzić, że powinnam szczęśliwie ukończyć ten maraton. Czułam się nieźle, noga zupełnie nie doskwierała i biegło mi się wręcz beztrosko. Ok, no ale jeszcze połowa i ta słynna maratońska ściana na trzydziestym którymś kilometrze. No ja chyba nie potrafię tak do końca beztrosko sobie pobiec. Najpierw strach, że mnie coś boli, a teraz ta ściana…

Przyznam, że jakoś przeoczyłam okazję do dokładnego zapoznania się z profilem trasy i w trakcie biegu nawet się z tego cieszyłam. Filmik z trasą z pustej ulicy tak naprawdę nijak miał się do tego co działo się w trakcie maratonu. W tym całym tłumie ludzi nie byłam w stanie rozpoznać w którym miejscu trasy jestem. Nie przestudiowałam też przewyższeń i nie zlokalizowałam podbiegów – pobieżnie przeanalizowałam trasę na mapce w poszukiwaniu znienawidzonych przeze mnie „agrafek” (zakręty o 180 stopni) i szczęśliwie była tylko jedna!

***

Ponieważ biegłam na czas nieco poniżej 4ch godzin to ciągle biegłam w tłumie ludzi – no bo jednak nieco poniżej 7 tysięcy zawodników gdzieś się musi pomieścić. Było to o tyle niefajne, że na bufetach niektórzy uczestnicy zatrzymywali się albo przechodzili do marszu. Ja w planie żadnego marszu albo zatrzymywania nie miałam i jak taki delikwent nagle się zdecydował napić albo zjeść to…. no szkoda gadać. Ale udało mi się bez żadnego zatrzymania przebiec.

Od trzydziestego kilometra już czekałam na tą ścianę maratońską, czekałam, czekałam i się doczekałam! Na 34 kilometrze stała piękna tekturowa ściana z przejściem i napisem „Pokonaj ścianę!”. Zboczyłam 2 metry z trasy i pokonałam ścianę! Oczywiście wcześniej na szczęście uśmiechałam się do wszystkich kibicujących stacji. Byli muzycy – jeden grał w masce konia! Byli „rokendrolowi” mnisi, były dzieciaki i chyba wszystkim udało mi się przybić pionę. Przyznam, że jak przebiegałam koło takiej stacji to od razu trochę szybciej biegłam i jakoś lepiej się czułam!

Po 35tym kilometrze zaczął się „pochód zombi” – biegaczy, którzy już nie biegli ale szli albo stali. To właśnie cena brawury na początku. Krzyczeli, klęli, rozciągali się, kuśtykali, łykali magnez w nadziei, że skurcze ustąpią. Niestety nic z tego – maraton to nie jest dystans dla niecierpliwych. Szaleństwa na początku zemszczą się na końcu.

Mi się udało dobiec do końca bez problemów. 3 godziny 47 minut i 50 sekund – pierwszy maraton za mną 🙂 Już planujemy następny wczesną wiosną 🙂

Ala Gruszko

Komentarze